Prof. dr hab. Krzysztof Królas
WypowiedziTak jak każdy nauczyciel akademicki przez pierwszy okres swojej pracy na Uniwersytecie moja obecność ograniczyła się tylko do Instytutu Fizyki. I tak było przez prawie 30 lat. I nagle zostałem wybrany na Prodziekana Wydziału Matematyki i Fizyki. Pomyślałem sobie, dobrze, funkcja zaszczytna, ale nie ma nic do roboty. Nic mylnego, okazało się, że przyszły nowe czasy i należało samodzielnie kierować uczelnią, dlatego władze uczelni wciągnęły w sprawy uczelni znacznie więcej osób niż dotychczas. Jako Prodziekan znalazłem się we władzach jako reprezentant Wydziału do Komisji Finansów, a potem kiedy się zdecydowano na decentralizację finansów zostałem Przewodniczącym Komisji ds. Decentralizacji. Równocześnie Rektor Koj powołał Komisję ds. Rozwoju, uważał, że on jako Rektor i jego Prorektorzy są zajęci codziennymi sprawami i trudno im w sposób rozsądny zająć się perspektywą Uniwersytetu i dobrze byłoby żeby ktoś usiadł i popatrzył na warunki w jakich my aktualnie pracujemy i w jakim kierunku należy pójść. Przewodniczącym został Wojciech Froncisz z Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi, a ja byłem Wiceprzewodniczącym tej małej stosunkowo, może 8-osobowej komisji. I zrobiliśmy kawał dobrej roboty bo to była taka analiza porównań sytuacji Uniwersytetu ze światowymi uniwersytetami i tam czarno na białym wyszło, że nie będzie żadnego rozwoju bez rozwoju przestrzeni życiowej Uniwersytetu, że musimy jak najszybciej zainwestować w nowe budynki, musimy zacząć budować. To były przerażające porównania, jak porównywaliśmy liczbę studentów na metr kwadratowy, liczby nauczycieli akademickich na metr kwadratowy to był czynnik 5 i rzeczywiście czuło się tą ciasnotę, a to, że Uniwersytet był w wyjątkowo złej sytuacji mogę spuentować taką rozmową, którą przeprowadziłem kilka lat później już będąc Prorektorem ds. polityki kadrowej i finansowej z moim odpowiednikiem na Uniwersytecie Warszawskim. Tam Prorektorem od tych spraw był Pan Prof. Jan Madej i rozmawiałem z nim, padło takie pytanie, jak u was z wynajmem. Ja mówię, że gdzieś mamy na poziomie 16, 18 mln, o to macie dużo, my mamy tylko 8. Okazało się, że oni mają 8 mln dochodu z wynajmu pomieszczeń przez Uniwersytet, a my płacimy za wynajem i zewnętrznych właścicieli około 16, 18 mln zł. To obrazuje w jakiej sytuacji finansowej był Uniwersytet dlatego, że nie miał własnego majątku. Więc jeden z kierunków działania był prosty, budować jak najszybciej. I tutaj Rektor Koj nie dał, nie zastanawiał się długo, a miał jego z Prorektorów, takiego bardzo dynamicznego, mojego kolegę z Wydziału Prof. Szymońskiego, który co prawda był Prorektorem ds. Polityki Zagranicznej, ale na tym stosunkowo nieważnym stanowisku prorektorskim potrafił tak zadziałać, że wygospodarował środki na budowę z własnych pieniędzy, mianowicie on w takim budynku uniwersyteckim na Karmelickiej, była oficyna, która była właściwie nieużywana, rudera po prostu, on ją odremontował, zrobił hotel, z tego budynku od strony ulicy też zrobił hotel i ten hotel plus hotel na Garbarskiej przynosiły mu tyle dochodu, że mógł z tych środków wypracowanych podjąć się budowy pierwszego budynku. Kilka lat później sam zajmowałem się hotelami jako prorektor i wiem, że wtedy roczny dochód z tych dwóch hoteli uniwersyteckich był na poziomie 1 mln, 1,5 mln zł, więc rzeczywiście Marek Szymoński zrobił bardzo dobry pierwszy krok bo to było źródło dochodu na budowę Centrum Badań Przyrodniczych. W każdym razie tak się początkowo nazywał ten budynek. Zaczęliśmy budować na Kampusie, ale historia pozyskiwania gruntów na Kampusie zaczęła się znacznie wcześniej, już Rektor Pelczar na początku lat 90-tych otrzymał jakieś grunty z Agencji Mienia Wojskowego, to był początek. Tam w tym momencie nasza stopa stanęła w Przegorzałach i rozpoczęło się skupywanie sąsiednich terenów. Zajmował się tym Pan Kanclerz Skarbek, robił to powoli, ale - bo to zawsze było trudno przekonać właścicieli, na początku ta cena była niska, potem kiedy już dowiedziano się, że Uniwersytet skupuje tereny to cena nieco wzrosła, nawet pojawili się spekulanci, którzy chcieli od tych ludzi wykupywać i nam sprzedawać drożej, to było z perypetiami, ja to śledziłem tylko jak Pan Kanclerz sprawozdawał na Komisji Finansów stan zaawansowania, skupowania terenów, ale on lepiej opowie o tej całej historii pozyskiwania terenów, które była naprawdę trudnym przedsięwzięciem. I na jednym z tych kupionych miejsc Marek Szymoński rozpoczął budowę Centrum, pamiętam Komisję Finansów, kiedy decydowaliśmy o tym i pewne trochę powiedziałbym nawet rozczarowanie Rektora Koja, kiedy ja zabrałem głos, a on chyba cenił mój głos, ja powiedziałem, że bardzo dobrze, że z własnych środków zaczynamy budować, ale nie podobało mi się to, że to ma być Centrum Badań Przyrodniczych czyli mówiąc wprost to było dla takiej jednostki Uniwersytetu, która była pozawydziałową. I ta inwestycja nie rozwiązywała za dużo problemów lokalowych Uniwersytetu, była natomiast bardzo ważna dlatego, że pokazywaliśmy władzom, że tak potrzebujemy pomieszczeń, że sami z własnych pieniędzy mamy, staramy się rozwiązywać nasze problemy. I to potem nam ułatwiło starania się o kolejne inwestycje już z pieniędzy państwowych. Taką jednostką, która miała bardzo trudne warunki lokalowe to była Biologia, w końcu sam Rektor Koj był biologiem i jego gabinet był w takich warunkach, że w naszym Instytucie Fizyki magister miał znacznie lepsze warunki niż profesor w jego Instytucie, więc ja kiedy zacząłem działać na forum Uniwersytetu nie zdawałem sobie sprawy jak niektóre jednostki cierpią bo w Instytucie Fizyki mieliśmy stosunkowo komfortowe warunki, najlepsze na Uniwersytecie. I powstał projekt budowy Kompleksu Nauk Biologicznych, wielkiego budynku, w którym miały się mieścić nie tylko biotechnologia wytypowana jako pierwsza do zajęcia nowych pomieszczeń, ale też Biologia Środowiskowa, Geografia, wiele, wszystkie wydziały. Powstała Komisja, jedna rzecz to było staranie się o sfinansowanie i to już poza Komisją Finansów robiły władze rektorskie, Rektor Koj, jego Prorektorzy, a drugą sprawą to była praktyczna realizacja, projekt architektoniczny, komisja przetargowa i w tych właśnie przedsięwzięciach już jako delegat Komisji Finansów uczestniczyłem osobiście. Przewodniczącym komisji przetargowej był Prof. Froncisz, jeszcze raz nas tak los złączył, ja byłem przewodniczącym bo on jako naukowiec jeździł często za granicę i ja go w tej komisji zastępowałem, ale niezależnie w tej komisji byłem odpowiedzialny za rozstrzygnięcie przetargu, to znaczy napisanie tego fragmentu SIWZ, który dotyczy sposobu wytypowania zwycięzcy przetargu. I tutaj jako ciekawostkę podam, że jako naukowiec to postanowiłem robić to po swojemu, nie iść według jakichś wzorców tylko sam pomyślałem jak to zrobić, żeby w miarę obiektywne, bez żadnych subiektywnych czynników wybrać najlepszego. I największą trudnością było to, że na początku człowiek nie wie czy się zgłosi dwóch, trzech kontrahentów czy dwudziestu. I trzeba było to tak napisać żeby w różnych warunkach to zadziałało. I ująłem to w takie matematyczne wzory gdzie tam był znak sumowania od I do N, wyglądało to dla mnie normalnie, ale dla przeciętnego człowieka dość skomplikowanie. A jeszcze w momencie, kiedy doszło do spotkania Komisji przetargowej, bo to w pewnym momencie zaprosiliśmy wszystkich dyrektorów tych firm, które starały się wygrać przetarg, było to 14 ofert, więc 14 osób było na sali i zaprosiłem, bo muszę powiedzieć, że akurat wtedy Wojtka Froncisza nie było w Polsce i ja prowadziłem to zebranie i tam był Jurek Stelmach jako prawnik, może dwóch, trzech członków komisji przetargowej i wiem, że na wstępie powiedziałem coś takiego, panowie dyrektorzy w takim przetargu jeszcze nie braliście udziału, tutaj nie ma nikogo kto by się znał na budowaniu, na ekonomii, tutaj jest Dziekan Wydziału Prawa Prof. Stelmach, ja jestem z Wydziału Matematyki i Fizyki, jest tutaj Prof. Froncisz, biolog, nie ma nikogo z administracji Uniwersytetu. Dlatego my nie chcemy osobiście rozstrzygać przetargu, zrobi to komputer, w specyfikacji widzicie jakie tam są wzory, wstawimy wasze dane do tych wzorów i komputer wybierze zwycięzcę, tak, że proszę żadnych głupich ruchów do komisji nie robić, bo niezależnie od tego co się stanie komputer wybierze zwycięzcę. I tak się też stało, a gdzieś 10 lat później po wybudowaniu budynku, kiedyś rozmawiałem z Dyrektorem Budostalu 2, który właśnie był zwycięzcą tego przetargu i mówię Panie Dyrektorze pamięta Pan tą specyfikację, on tutaj takiego mocnego słowa użył, ja tutaj nie powiem, wymyślili jakieś wzory, moi inżynierowie siedzieli i powiedzieli, nic z tego nie rozumiemy. No więc chwała Bogu powiedziałem, nic z tego nie rozumieliście, a wygraliście przetarg bo o to chodziło, o to żebyście wy nie rozumieli, a żebyśmy my to rozumieli. I tak się stało i myślę, że dzięki temu taka firma polska dostała bardzo duży kontrakt, została zrestrukturyzowana dzięki temu. Podwaliny pod budowę Kampusu to była działalność władz uniwersyteckich w latach 90-tych, wtedy to zaczęto kupować tereny, wtedy został wybudowany pierwszy budynek i wtedy znaleźliśmy argumenty za budową i za dużą inwestycją w Krakowie. Te wszystkie działania prowadził Rektor Koj i jego współpracownicy, a finałem tych działań było otrzymanie pieniędzy na dużą inwestycję, na kompleks Nauk Biologicznych. I to już było na przełomie lat 90-tych i XXI wieku, w 1999 roku zostałem Prorektorem i miałem funkcje związane z finansami, natomiast samą budową tego kompleksu Nauk Biologicznych już nie miałem do czynienia, natomiast robił to inny Prorektor, Prorektor ds. Rozwoju Wojtek Froncisz, z którym sąsiadowaliśmy w Collegium Novum, mieliśmy wspólny sekretariat. I na co dzień widziałem jego działalność. I to była naprawdę taka trudna, czasem zostawał na całą noc jak były szybkie terminy przygotowywał dla posłów materiały z dnia na dzień, ten dokument Komisji Rozwoju, który przedstawiał sytuację lokalową Instytutu rozwinął i to było argumentem o starania, a ja wziąłem udział w jego pracy tylko w jednym, ale bardzo ważnym momencie, to było zaproszenie dla Prorektora czyli dla niego do udziału w Społecznym Komitecie Rady Ministrów, który miał decydować o ustawie w sprawie budowy Kampusu. Wojtek poprosił mnie żebym pojechał z nim do Warszawy i w dwójkę pojechaliśmy pod wskazany adres, posiedzenie się tam miało zacząć, pamiętam Pana Posła wtedy Kazimierza Barczyka, który stał przed drzwiami i każdemu wchodzącemu tłumaczył jak ważny jest Kampus dla Uniwersytetu. Dla mnie to się wydawało nawet trochę nachalne, ale chyba jedna w tym szaleństwie jest metoda, każdego posła traktował indywidualnie, każdemu coś miłego powiedział i oczekiwał racjonalnego głosowania w sprawie Kampusu. My zostaliśmy zaproszeni na salą, ale bez prawa głosu, tylko śledziliśmy przebieg tego posiedzenia. Przez pierwsze dwie godziny Komitet zajmował się zupełnie innymi sprawami, bo taki był program dnia, ogłoszono przerwę i w przerwie zaszło coś co było dla nas ważne. Otóż podeszła do nas szefowa doradców Premiera Buzka Pani Teresa Kamińska i poprosiła nas na zaplecze, tam było dwóch urzędników z Ministerstwa Finansów, Pani Kamińska i my we dwójkę. I mówi, Panowie Rektorzy uchwała Senatu czy Sejmu nic wam nie da, to będzie tylko pewne zobowiązanie, pewien akt propagandowy, ale to nie jest naprawdę zobowiązanie finansowe. I tuta pani - już nie pamiętam nazwiska - z Ministerstwa Finansów przedstawiła nam inną możliwość, należy starać się o program wieloletni, o ustawę, która zatwierdzi program wieloletni bo wtedy dostajecie już pieniądze sukcesywnie rok po roku i możecie spokojnie budować cały Kampus. Zapytaliśmy, ja pamiętam to pytanie rzucałem, a czy jest jakiś precedens, odpowiedź właśnie była dziwna, został zatwierdzony program wieloletni Dolna Odra, ale on jeszcze nie ruszył. To decyzja była trudna, ale po rozmowie z tymi dwoma urzędnikami doszliśmy do wniosku, rzeczywiście to było lepsze wyjście, jeżeli oni widzą taką możliwość to może się zdecydować. Trudność podstawowa była taka, że to był sam koniec września, prace nad budżetem trwały, już były mocno zaawansowane i należało tam w ciągu dwóch dni sprawić, żeby wniosek o taki program wieloletni złożyło Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego. I to wszystko należało przygotować w ciągu kilkunastu godzin i dalej to już Wojtek Froncisz sam to robił, sam to przygotował, jeździł do Warszawy dzień po dniu, wracał na noc do domu i przez te dwa czy trzy dni uzgadniał z Ministerstwem sam program. Tutaj muszę powiedzieć, że miał bardzo złą opinię o naszym przedstawicielu, w Ministerstwie był wtedy Pan Zdrada, który był pracownikiem Uniwersytetu i on odmówił Wojtkowi podpisania tego dokumentu i w końcu Wojtek znalazł Wiceministra od szkół podstawowych, który pochodził z Koszalina, nie pamiętam nazwiska, ale taki Minister, który nie miał w swoich obowiązkach takich spraw, ale akurat głównego Ministra nie było i któryś z Wiceministrów musiał to podpisać, uzyskał tuż przed końcem pracy w Ministerstwie podpis właśnie tego Wiceministra, z tym pobiegł do Sejmu i zdążył w tym samym dniu przed 18.oo złożyć ten wniosek żeby móc procedować dalej. I za trzy dni, to był koniec września, na nowy rok akademicki przyjechał Premier Buzek do Krakowa i na inauguracji powiedział, że ustawa w sprawie budowy Kampusu, że on wystąpi z projektem ustawy w sprawie budowy Kampusu i to już była taka deklaracja, od której już nie było odwrotu i to się skończyło takim właśnie ustanowieniem programu budowy na 10 lat i skończyły się problemy finansowe z budową Kampusu. To jeśli chodzi o tą część dydaktyczną, a ja jeszcze brałem udział w dwóch innych przedsięwzięciach, jedno to jest budowa budynków JCI, tutaj działałem jako członek rady nadzorczej, 4-osobowej rady nadzorczej tej jednostki Uniwersytetu, która powstała w 2004 roku i w 2010 roku otrzymała pieniądze na budowę budynków JCI. Program czyli projekt architektoniczny przewidywał budowę 3-ch budynków, a mieliśmy pieniądze na budowę tylko pierwszego i mówię o tym dlatego, że to dla mnie jest rekord świata dlatego, że te pieniądze musiały być wydane w danym roku kalendarzowym. Chyba to był rok 2010. I dopiero w marcu został rozstrzygnięty przetarg na wykonawcę tego budynku. I kamień węgielny był wkopywany w ostatnich dwóch dniach, pod sam koniec marca, a w listopadzie tego samego roku jechaliśmy już windą towarową w tym wybudowanym budynku w ciągu 8 miesięcy jako rada nadzorcza doglądnąć czy rzeczywiście uda się zamknąć budowę, rozliczyć pieniądze przed końcem roku. Tam około 200 pracowników w tym momencie pracowało, jedna ekipa kładła kafelki, druga malowała ściany, trzecia jakieś barierki zakładała, ruch była jak w galerii handlowej, tylu robotników pracowało równocześnie i to podziwiam organizację pracy, która doprowadziła do zakończenia robót, rozliczenia tego projektu, to były pieniądze unijne już i tutaj ten termin był obowiązkowy i wszystko robiliśmy żeby zdarzyło się to zgodnie z regułami unijnymi. To jest jedna z tych dwóch spraw, które już po zakończenia działalności we władzach rektorskich miałem, a ostatnia to dla mnie najważniejsza, to jest budowa synchrotronu. Jak skończyłem działalność we władzach to adrenalina ciągle we mnie była i trzeba było się czymś poważnym zająć, w naszym Instytucje od 1998 roku była dyskusja nad budową bardzo ważnego urządzenia do badań naukowych. Tak jak w każdym szpitalu aparat rentgenowski jest nieodzowny, tak w nauce do badania różnych próbek z różnych dziedzin życia potrzebny jest promieniowanie synchrotronowe, które zrobi, zbada najmniejszą próbkę różnymi metodami znacznie dokładniej niż normalna aparatura. Takie urządzenia są zbudowane w kilkunastu krajach na świecie, mają taką zaletę, że z tego urządzenia wchodzi wiązka promieniowania w dwudziestu kilku miejscach i na każdym tym stanowisku pracują naukowcy równocześnie 24 godziny na dobę, taki synchrotron to jest fabryka badań naukowych. Sprawa zaczęła się wtedy, kiedy kolega z Instytutu wrócił z Niemiec, Krzysiek Tomala, on widział jak tam budowano taki synchrotron i doszedł do wniosku, że możemy w Polsce takie coś zrobić i wtedy po raz pierwszy wystąpiliśmy z listem do władz o to, że w Polsce powinno się budować synchrotron, nie precyzując jaki, gdzie, za ile i żeby zbudować synchrotron to trzeba umieć go zbudować, a w Polsce nie było żadnego specjalisty od budowy. Dlatego pierwsza myśl to było sprowadzenie do Polski synchrotronu, który najpierw Niemcy likwidowali bo mieli zamiar budować nowy i pomyśleliśmy sobie, może ten synchrotron możemy do nas sprowadzić. Akurat Prof. Troisz był dużym zwolennikiem żeby to przetransportować do Polski, ale był też taki projekt polityczny żeby ten synchrotron podarować do wspólnego użytkowania przez Żydów i Arabów. I powstał taki synchrotron SEZAM w Jordanii i jego właścicielem jest Instytut gdzie Izrael i Jordania mają swoje udziały. Tak, że nie dostaliśmy tego synchrotronu chociaż był taki moment, kiedy wszystko szło dobrze, następny projekt to było sprowadzenie francuskiego synchrotronu do Krakowa, to już Marek Szymoński się o to starał i też się nie udało, ale tutaj głównie nie udało się z powodu stanowiska polskiej strony bo KBM powiedział, że nie będziemy złomu sprowadzali do Polski i nie zgodził się na poniesienie kosztów przetransportowania tego urządzenia i budowa z tych części przywiezionych, to się nie udało i dlatego gdzieś w 2005 roku wpadliśmy na pomysł, skoro władze nam nie pozwalają na sprowadzenie starego to może zbudujmy sami. I zostałem szefem takiego nieformalnego Centrum Promieniowania Synchrotronowego, tam były 4 osoby i postanowiliśmy złożyć wniosek do Ministerstwa w sprawie budowy synchrotronu w Polsce. Całkiem nad dobrze szło bo Ministerstwo pozytywnie zareagowało i podpowiedziano nam, że tutaj w pieniądzach unijnych na następną perspektywę będą fundusze na takie inwestycje. I złożyliśmy taki wniosek, pamiętam, to był chyba 2006 rok do końca września, czekaliśmy na rozstrzygnięcie - to się nazywało - na zakwalifikowanie naszego wystąpienia na indykatywną listę projektów. Gdzieś w połowie października dochodziły do nas słuchy, że nie ma nas na tej liście. I po prostu to nie bardzo rozumieliśmy, bo żaden inny projekt nie nadawał się na sfinansowanie z pieniędzy unijnych jak ten właśnie projekt bo to był projekt dla wszystkich naukowców w Polsce, nie dla jakiejś grupy, nie dla jakiegoś ośrodka tylko dla całej Polski. Więc myślałem, że te argumenty zaważą, ale jak widać nie zaważyły, ale przypadek nam pomógł bo Premierem został Pan Jarosław Kaczyński. I on w przeciągu trzech czy czterech tygodni pojawił się w Krakowie, najpierw był w Hucie i w tym samym dniu po południu czy wczesnym wieczorem miał zorganizowane spotkanie ze środowiskiem naukowym Krakowa w Collegium Novum w Auli. I Rektor, Rektor Musioł wtedy powiedział, słuchaj jak chcesz to ja ci dam 5 minut czasu, możesz przedstawić projekt samemu Premierowi. Ja wykorzystałem ten czas, powiedziałem to co chciałem powiedzieć podkreślając, że to jest dla wszystkich naukowców, że to bardzo wydajne urządzenie, pracuje 24 godziny na dobę i chyba Premier Kaczyński ma taki zmysł widzenia dobra wspólnego bo zabrał głos i użył słów, które nazajutrz zostały przedrukowane w Dzienniku Polskim, to było gdzieś około 15, 20 listopad 2006 roku, można znaleźć te słowa w Dzienniku Polskim, to brzmiało mniej więcej tak: to urządzenie, którego nazwy boję się powtórzyć żeby jej nie przekręcić na pewno powstanie w Polsce. Jak się ma deklarację Premiera to nie trzeba nic robić, ale to trzeba odpowiedniego Premiera i to, że on działał to przekonałem się za dwa tygodnie bo przyszło pismo podpisane przez Pana Przemysława Gosiewskiego do Pani Minister Grażyny Gęsickiej, ci Państwo nie żyją, zginęli w Smoleńsku oboje, o tym, że Pan Premier spotkał się z Ministrem Szkolnictwa Wyższego i obaj uważaj, że taki synchrotron wart jest poparcia i czy mogłaby rozważyć przeznaczenie pieniędzy unijnych na ten projekt. Tak, że po prostu widać było, że Premier zrobił swoje, po dwóch miesiącach styczniu ukazała się lista gdzie nasz synchrotron już na niej był tylko rozumiem teraz, że to było wpisanie, ale też przeskoczenie pewnych trudności formalnych dlatego, że wśród projektów unijnych był podział na projekty do 50 mln euro i powyżej 50 mln euro, nasz synchrotron kosztował powyżej 50 mln euro, a takie projekty już wcześniej w październiku zostały zgłoszone do Brukseli i one musiały być zaakceptowane przez Brukselę. Dlatego tylko w Polsce można było decydować o inwestycjach do 50 mln euro i na liście indykatywnej było napisane, budowa synchrotronu, I etap, 40 mln. Niby mieliśmy pieniądze, ale niestety nie mieliśmy pieniędzy na całe urządzenie i potem trwała walka o to żeby zdobyć resztę pieniędzy, a tutaj się pozytywnie zaznaczył Pan Minister Gowin, który wtedy był jeszcze w PO i on już jako Poseł PO organizował spotkania w Ministerstwie bo on jako Poseł z Krakowa rozumiał jak to jest ważne i dla Polski i dla Krakowa, on to szybko wychwycił. Ale nikt nam nie chciał dać tych pieniędzy na resztą, a bez pełnego finansowania nie można było zacząć projektu. I wyglądało na to, że jest pat i Pan Wiceminister Duszyński chyba znalazł przeznaczenie, inne przeznaczenie dla tych pieniędzy, które mieliśmy bo pozwolił sobie na rzadki numer, chyba to był 29 września 2008 roku, godzina 11.oo, dzwoni do mnie Rektor o pokazuje pismo, które dostał faksem z Ministerstwa i pismo było datowane z piątku, a przyszło w poniedziałek faksem i było mniej więcej tak, że ponieważ ten projektodawca nie ma pieniędzy na całość inwestycji, nie może się wykazać, że ma pełne pokrycie to, a ten projekt musi ruszyć, to jeżeli do 1 października, to był 29, jeżeli do końca września, to był 29 godzina 11, jeżeli do końca października nie będzie projektu jak wykorzystać te pieniądze, które mamy na całe urządzenie to znaczy, że kontrahent sam rezygnuje z projektu. Rektor powiedział, to nas zrobili w konia, powiedzmy tak delikatnie, on to mocniej powiedział, ja mówię jeszcze mamy całą noc i Michała Młynarczyka zebraliśmy w pomieszczeniu i tam siedzieliśmy do drugiej w nocy, pisaliśmy projekt na budowę małego synchrotronu, który by można było zbudować za te pieniądze, które już były zagwarantowane, niby zagwarantowane, które nam chcieli wziąć w tym momencie. I gdzieś około godziny 21.oo ktoś pojechał do Rektora do domu z ostatnią stroną bo środek jeszcze nie był gotowy, a ostatnią stronę to wydrukowaliśmy żeby on to podpisał i około 2 w nocy skończyliśmy pisanie tego projektu, zostało to złożone na portierni Instytutu Fizyki, a rano miał laborant pojechać do Warszawy i zanieść ten wniosek bo złośliwość Pana Duszyńskiego była taka, że to musi się znaleźć w formie papierowej, nawet mailem nie można było wysłać. No więc jak ten laborant wrócił na drugi dzień i pytam go, tak zdziwionych ludzi, że zdążyliśmy on jeszcze w życiu nie widział. I po prostu zapadła cisza, spieszyło się Duszyńskiemu, a nagle jakaś cisza, dopiero po miesiącu jakaś firma odezwała się, która z ramienia Ministerstwa miała sprawdzać czy wnioskodawca ma techniczne możliwości żeby zrealizować projekt. Czyli po prostu poszło swoją drogą, a my mieliśmy kolejny problem jak zbudować synchrotron za tą kwotę, którą mieliśmy. Zwołaliśmy konferencję naukową pod tytułem synchrotron za 25 mln euro, bo 15 zostawialiśmy sobie na budynek i koszty budowy. I przyjechali fizycy z Włoch, z Niemiec i ze Szwecji. Każdy swoją sugestię wniósł, najbardziej nam podobała się sugestia szwedzka bo była nowa, ale formalnie pojechaliśmy, Dziekan pojechał razem z Markiem Stankiewiczem do Włoch, Włosi chcieli budować, Niemcy powiedzieli, że oni nam pomogą, ale nie mogą się angażować za bardzo, więc mieliśmy do wyboru Szwecję i Włochy i podczas już ich pobytu w Szwecji okazało się, że Szwedzi będą budowali wielkie urządzenie, ale składające się jakby z dwóch synchrotronów, jednego wielkiego i drugiego malutkiego. I ten niby malutki i tak jest większy niż to co planowaliśmy za te 25 mln euro, ale jeżeli będziemy razem z nimi robili zakupy, kopiowali i oni nam dostarczą cały plan no to będzie taniej. I tak się w końcu złożyło, że podpisaliśmy umowę ze Szwedami i chwała im za to, że zgodzili się nieodpłatnie, zgodzili się nam dać non hau i ten nasz synchrotron powstał i nawet został uruchomiony szybciej o rok niż szwedzki dlatego, że oni byli bardziej zajęci tym większym niż tym małym, który my kopiowaliśmy, ale to było we współpracy ze Szwedami, nasi młodzi ludzie jeździli do Szwecji, tam się uczyli i im też trochę pomagali. Tak, że to jest wzór współpracy międzynarodowej, ale należało po prostu to jeszcze zrobić i po prostu w momencie jak wiedzieliśmy jaki synchrotron zbudować to został ogłoszony przetarg na budynek, ten budynek musi takie warunki spełniać, że pierwszy przetarg to nie było żadnego kontrahenta, drugi przetarg to byli kontrahenci, ale cena była dwa razy za wysoka, my żeśmy ograniczali w związku z czym nasze wymagania i w końcu za trzecim przetargiem rozstrzygnęliśmy go i budynek został szybko zbudowany. I tutaj słowa uznania dla krakowskiej firmy Łęgprzem, on formalnie był podwykonawcą firmy niemieckiej, firmy, która budowała Stadion Narodowy i schodziła po prostu z tego Stadionu Narodowego. Te przesunięcia w budowie Stadionu Narodowego w Warszawie to były spowodowane przez tą firmę ona z Niemczech zbankrutowała w trakcie budowy i przez chwilę nam groziło, że nasza budowa zostanie wstrzymana, na szczęście Łęgprzem przejął obowiązki wykonawcy i bardzo dobrze zrobił synchrotron za co jesteśmy im wdzięczni. Przy okazji dowiedziałem się takich szczegółów, formalnie przetarg wygrała firma, mam 75 lat, już nie pamiętam, i w momencie jak Łęgprzem przejmował kontrakt to mówi, w zasadzie to dla nas wygodniej bo dotychczas i tak i tak my żeśmy odpowiadali za budowę. Tak działają przetargi, jest firma, która m potencjał, ale się nie chce angażować, ma środki bo przy takiej budowie to oni muszą pokazać, że mają wystarczająco dużo pieniędzy, są odpowiedzialnym partnerem, ale oni tylko mają te środki, natomiast potem polscy wykonawcy robią robotę płacąc im tylko za to, że firmują kontrakt. Takie życie. Podczas budowy w kilku momentach przewijała się postać inżyniera z Niepołomic, inżyniera Boruty, on prowadzi firmę Probadex w Niepołomicach i już przy pierwszym budynku Kompleksie Nauk Biologicznych zrobił dużą robotę, to on przygotował techniczne warunki przetargu, on zaprojektował tą część przetargu związaną z jakością techniczną obiektu, a potem był inwestorem zastępczym i to inwestorem, który musiał współpracować z takim nadzorem przydzielającym budynkowi TIF bo od razu chcieliśmy żeby standard budynku spełniał wszystkie normy zachodnie, a przy okazji polskie firmy nauczyły się pracować na takim poziomie, żeby standardy zachodnie były zachowane. Szczególnie Jurek Boruta był zasłużony dla synchrotronu bo budynek synchrotronu wymaga bardzo szczegółowych własności, przede wszystkim musi być odizolowany od drgań. Te normy na synchrotron o to dwa, trzy rzędy wielkości są wyższe niż na normalny budynek, musi być wyjątkowa izolacja termiczna, w końcu synchrotron musi pracować w temperaturze określonej plus minus pół stopnia, nie może się temperatura zmieniać bo się natychmiast rozogniskuje wiązka elektronów. I Jurek był świadom tych wymagań i co mnie zaskoczyło jeździł na inne synchrotrony podpatrywać różne rozwiązania i jak on przystąpił do konkursu na inwestora zastępczego przy budowie synchrotronu to wiedziałem, że mamy właściwego człowieka. I rzeczywiście on nie mógł się podjąć sam budowy bo jego firma jest mała, natomiast dokładnie wiedział co wymagać od wykonawcy. I na każdym etapie od wylewania fundamentów aż do zakończenia budowy patrzył czy wszystko jest zgodnie ze sztuką. Patrząc z perspektywy to na początku to były pionierskie czasy, ale wyniki są świetne. Jak mówię o synchrotronie to w Polsce mamy urządzenia, na które przyjeżdżają użytkownicy z Włoch, ze Słowacji, to był pierwszy nabór wniosków, ale widać, że to się rozkręca i będą z całej Europy p przyjeżdżać do Krakowa na synchrotron. Jest to najnowocześniejsze urządzenie polskie i opinia tych zarządzających innymi synchrotronami jest naprawdę budująca. Jak delegacja z różnych synchrotronów przechodziła po naszym budynku patrzyli nawet na głupie ułożenie kabli, patrz ja równo, jak po prostu, jak to wygląda porządnie, jak oni porządnie to potrafili zrobić, serce rosło jak polskie firmy robiły, naprawdę to miło było słuchać jak oni zbudowani byli tym co zostało zrobione w Krakowie. A ja miałem własną satysfakcję bo mnie miasto Kraków nagrodziło za ten synchrotron. Ale to tyle o synchrotronie, natomiast cały Kampus jest piękny, jak tylko ma okazję to pokazuję gościom, przejechanie się samochodem tymi uliczkami i rzucenie tylko okiem o różnych porach dnia, o różnych porach roku pokazuje, że to jest wizytówka. I tak Uniwersytet będzie przez długie lata miał pociechę z tej części, z Kampusu numer III.
Rok 2018, część IV